Początki i historia

Wielka Sztuka wybudować dom na nowym fundamencie pasji i miłości, lecz niesamowity to dar dostać dom w prezencie od Natury, odkopać go własnymi rękoma, odkryć  jego historię na nowo i przywrócić do życia.

Dziś składam podziękowania wszystkim ludziom dobrej woli, którzy przyczynili się do jego powstania. Ich włożona ciężka praca i serce, to klucz do realizacji wizji i marzeń.

Dzisiaj przedstawiam kilka fotografii pamiątkowych, potwierdzających historię istnienia tego zjawiska.

Ogromna metamorfoza tego miejsca i nie jedyna, jak się okazało po latach, metamorfoza również ducha i przestrzeni, sposobu życia i postrzegania rzeczywistości.

Będąc 30 letnią kobietą, otrzymałam ten dom w spadku…Takich rzeczy się nie planuje, nie przewiduje. Pewnego dnia los zaskakuje i stawia przed faktem dokonanym, z którym trzeba się zmierzyć. Zawsze jest wybór. Można skapitulować, powiedzieć NIE, nie dam rady, odchodzę, zmieniam drogę życiową… Można też spokojnie podjąć wyzwanie i trwać w ciekawości co przyniesie kolejny dzień.

W moim życiu wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miałam wyboru. Po prostu nie zdążyłam zrezygnować i uciec, przemyśleć. Nawet zabrakło czasu na strach, który jest nieodzownym elementem zmian. Bez zastanowienia robiłam to, co musze, to co nakazywał mi dzień powszedni, aby przetrwać największy kryzys wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś, o czym nie miałam zielonego pojęcia – o starej drewnianej chacie z 1816 roku…

Tutaj nic nie było oczywiste. Ta konstrukcja tak samo szybko powstała z ruiny, jak straciła swojego właściciela. Nagle Chata znalazła się w moich rękach. Trzysta metrów kwadratowych oraz dwa hektary ogrodu, z zagadkowymi rozwiązaniami architektonicznymi… i co dalej ?

Był styczeń 2010 roku, siedziałam w kotłowni i starałam się rozpalić stary piec, który stukał pukał i gotował wodę w całym centralnym ogrzewaniu. Nie było nikogo, kto znałby przyczynę. Przynajmniej ja nie wiedziałam gdzie szukać pomocy. Wróciłam do Polski po roku nieobecności i czułam się tutaj jak na obcej planecie. Coś biegało nocą po dachu, własny ogród wydawał się po zmroku niczym z horroru, ciągle było zimno, nawet bardzo. Na korytarzu strzelały żarówki, wysiadały przeróżne urządzenia, jak np. stary bojler czy pralka, zacinały się stare poniemieckie klamki, nie wpuszczając mnie do środka pomieszczeń. Temperatura w kuchni spadała do 9 stopni zimą i nie bardzo potrafiłam znaleźć na to sposób. W obliczu wszystkiego byłam na ten czas osobą bezrobotną, bez pomysłu na swoje życie. Miałam jedynie marzenia. Na koniec zimy strzeliła rura od zapowietrzonego centralnego ogrzewania. Całe szczęście, że właśnie zaczął się marzec i ustały mrozy. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czułam przerażenie. Niektórych pomieszczeń nawet nie odwiedzałam ze strachu, jaką awarie mogę w nich zastać i co jeszcze kryje duch tego obiektu.

Na wiosnę, przy roztopach śniegu i obfitym rwącym potoku, woda w stawie zaczęła niebezpiecznie wzbierać, grożąc zalaniem posesji. Kiedy wydawało się, że najgorsze za nami, w maju spadł kolejny wielki śnieg, pod którego ciężarem załamał się drewniany pomost prowadzący na drugą stronę stawu…Widok był powojenny. Kilka powalonych drzew po zimie i zarośnięte gałęziami ścieżki, połamana brama od mrozów i spróchniałe żerdzie w murze pruskim… No cóż… wszystko teraz należało do mnie! I zależało ode mnie.

Do dzisiaj nie potrafię wytłumaczyć, co mnie ciągnęło do takiego życia, skąd ten cały zew, który kazał mi wrócić tutaj z zachodniej Europy, gdzie miałam wygodnie i ciepło.

Dzisiaj wiem, że wspomnienia z dzieciństwa są najważniejszą częścią ludzkiego życia, która determinuje jego cel i drogę. Zatem powróciłam tutaj po 20 latach mojej wędrówki po świecie w poszukiwaniu siebie. Jak się dzisiaj okazało, zatoczyła niepotrzebną pętlę nieskończoności. Lecz jestem całym sercem przekonana, iż tak musiało być.

***

 

Tak wyglądała owa chata w 1985 roku, kiedy śp. tato odnalazł ją przejeżdżając tędy przypadkiem i postanowił stworzyć tutaj swój zyciowy przystanek. Wówczas miałam 6 lat. Jak potem okazało się, to było miejsce jego życia i chyba moje również…

162845_134312546632643_498491_n164881_134311789966052_3178690_n

Skansen powstawał w błyskawicznym tempie. To była prawdziwa pasja ojca, wówczas dla mnie niezrozumiała. Jako dzieciak musiałam grabić trawniki, wyrywać chwasty z ogródka, wykopywać młode ziemniaki na obiad i wybierać kamienie z rzeki. Wiedziałam nawet jak przygotować zaprawę betonową. Kilkaset drzazg w moim ciele, zadrapań i stłuczeń – oto wspomnienia z dzieciństwa spędzonego na dzikiej, prawdziwej wsi.
Wtedy wioska kwitła urodzajem. Rolnicy zajmowali się gospodarką pełną parą. Wszędzie hodowano kury, świnie, krowy, orano ziemie i obsiewano ją dwa razy w roku. Od świtu piały koguty, ganiały kocury i szczekały psy. Zawsze chciałam mieszkać na wsi… To był istny raj. rzeka była czysta i pełna żywych stworzeń. Traszki śmigały między palcami, kiedy grzebałyśmy z kuzynką w ziemi szukając skarbów. Tak, tak, po wojnie Niemcy zostali wysiedleni z tych rejonów. Zdarzało się coś po nich odkopać w ziemi. Żyliśmy nadzieją, że i nam uda się zdobyć skarb. Lato było jak z Bullerbyn. Po sianokosach cała okolica pachniała sianem. Mieliśmy swoje ogromne drzewo z prawdziwą huśtawką na linie. Dzikie kapilary porastające wąwóz, w którym stała nasza chata, stanowiły wówczas ogromy las. Chowaliśmy się wśród nich całymi dniami. Wioska nie miała przed nami tajemnic, penetrowaliśmy każdy zakątek. Najbardziej kochałyśmy z kuzynką buszować u sąsiada na strychu, gdzie przechowywał ziarno dla kur. Kilka ton ziarna! Rzucałyśmy się nim, pływając niczym w morzu. Do lasu prowadziła kręta polna droga. Idąc nią zbierałyśmy ogromne bukiety ziół, kwiatów i kolorowych traw. Tutaj szkoda było spać. Świat krył w sobie tyle magii ile cała pustynia ziarenek piasku.
Świat był wtedy bezpieczny, spokojny i pełen przygód. Dzieciaki biegały do nocy po polach i łąkach, zapominając o jedzeniu. Każdego wieczoru nie mogłam doczekać się poranka, a każdy nowy dzień był inną przygodą i trwał całą wieczność.

20180820_113259
dzisiaj 

***

Tak mijały całe lata, na ciężkiej pracy, która przynosiła satysfakcję, ale i nowe potrzeby. Chata rosła w siłę i stawała się coraz piękniejsza. Coraz więcej ludzi chciało tu być, odpoczywać, nasycać się widokiem tego miejsca, pomysłowością i spontanicznością. Tutaj była wolność, ludzie to odczuwali i szybko łykali, niczym pigułki uspakajające. Ojciec był prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który rozumiał innych, znał ich potrzeby i nigdy nie oceniał. Pewnego dnia założył tutaj Agroturystykę i miejsce biesiadne z prawdziwego zdarzenia. Miał już swój staw i pstrągi, dwa wielkie psy, kilka kotów i tuzin pomysłów na minutę. Po latach wybudował sztolnię górniczą. Było miejsce na barbórki i spotkania przy piwie. Działo się. O tym pisały gazety a telewizja kręciła swoje programy. Złoty wiek Chaty Zbója.

Coraz gorzej było mi się tutaj odnaleźć. Nie dlatego, że nie lubiłam ludzi, ale nie miałam tutaj swojego pokoju. Mieszkałam głównie z mamą w mieście i bywałam w chacie na weekendy. W sercu powstał jakiś żal, że rodzina zeszła nieco na drugi plan. Z roku na rok, kontakt z ojcem się urywał i  mieliśmy coraz mniej sobie do powiedzenia…Pomagałam jak mogłam i robiłam co musiałam, ale z coraz większą niechęcią, bo to było jakieś takie nie moje… Jednak gdy doszo do pożaru, nie myśląc wcale, wskoczyłam w ogień za ojcem… Zgasiliśmy go razem.

Życie sprawiło, że w końcu wyjechałam do Warszawy. Marzylam o realizacji swoich marzen i pasji. Wierzyłam, że w wielkim świecie będzie mi lepiej, i przestanę myć te gary, plewić grządki i witać gości z uśmiechem. Dekorowanie półmisków na imprezy wychodziło mi bokiem…

 

 

CDN …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s